RSS
niedziela, 27 grudnia 2009
świąteczny indyk

Jak święta to pieczyste, jak pieczyste to oczywiście indyk. Dzień przed pieczeniem indyka trzeba natrzeć  solą z zewnątrz a w środku solą i majerankiem, następnie nadziać go suszonymi śliwkami, morelami, żurawiną i kwaśnymi jabłkami, zasznurować i owinąć cienkimi plastrami słoniny jak egipską mumię.

 


 

Na drugi dzień wstawić indyka do piekarnika i piec w temperaturze 170 stopni na zmianę podlewając czerwonym winem i sosem z pod pieczenia. Po około trzech godzinach zdejmujemy słoninkę i dopiekamy indyka piętnaście minut w temperaturze dwustu stopni. Pychota ja podaje go z kluskami śląskimi i modrą kapustą.




19:35, szylink
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 listopada 2009
chorwackie pyszności

Na różnorodność kuchni chorwackiej i jej obecny kształt przede wszystkim wpływ miała niesamowita historia tego państwa jak i geografia. W tutejszych jadłospisach znajdziemy elementy kuchni tureckiej, różnego rodzaju musaki, sarmę, hałwy i cevapcici jak również risotta, pasty oraz obfite w ryby i owoce morza wpływy kuchni śródziemnomorskiej. W zależności od regionu w jakim się znajdujemy kuchnie Chorwacji możemy podzielić na kontynentalną, sycącą zbliżoną do kuchni bałkańskiej. gdzie rządzi jagnięcina, baranina popularna jest również wieprzowina. Oraz lekką nadmorską gdzie królują wpływy kuchni śródziemnomorskiej z ostrygami, kalmarami, krewetkami i ogromną ilością różnego rodzaju ryb. W całej Chorwacji nie zabraknie ich narodowych skarbów a są to  paški sir, owczy ser wyrabiany wyłącznie na wyspie Pag swój charakterystyczny smak zawdzięcza ziołom którymi pasą się owce oraz pršut rodzaj dojrzewającej szynki wieprzowej, poddanej długotrwałemu procesowi suszenia. Wszech obecny jest aivar pasta z papryki. I oczywiście świetne wina i domacia rakija.



 

Odwiedzając Split Ania zaprowadziła nas do wyśmienitej knajpki z domową kuchnią. Knajpka znajdowała się w Pałacu Dioklecjana, cztery drewniane stoły i bar za którym szefowa z córka przyrządzały prawdziwe pyszności. Zjedliśmy tam najlepsze krewetki z grilla soczyste i świeże, polane oliwą z oliwek i posypane pietruszką, wyśmienite sercówki duszone w winie z czosnkiem i pietruszką do tego sałatkę z przepysznych pomidorów i półmisek warzyw. Wszystko to popiliśmy domową rakiją i winem. Po posiłku byliśmy w niebo wzięci wystarczy spojrzeć na Anię  Poniżej podaje sposób na przyrządzenie sercówek.



 

W garnku rozgrzać oliwę wrzucić pokrojoną w kostkę szalotkę i czosnek, zeszklić dodać sercówki zalać białym winem i dusić około 10 min pycha.

 

 



17:58, szylink
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 listopada 2009
gorki likier pelinkovac

We wrześniu, z Siostrą i szwagrem dziesięć dni spędziłem na pachnącym pinią i rozmarynem wybrzeżu Chorwacji. Intensywny okres zwiedzania i rozkoszowania się tamtejszą kuchnią oraz kulturą zacząłem od Rijeki, przez Zadar, Split do Dubrownika z jednodniową przerwą na odwiedziny Mostaru  w Bośni. Już na samym początku imprezy za namową Łani, która Bałkany zna jak powiedzmy własną kieszeń i była nam przewodnikiem, tłumaczem, matką i ojcem na obczyźnie.  Zakupiłem z rodziną kilka rodzajów rakii, miód i kozi ser od chłopów w jednej z chorwackich wiosek. Na dobry początek całkiem nieźle, później były kalmary i krewetki z grilla , risotto z kałamarnicy, ostrygi, jagnięcina dużo domowego wina i domowej rakii.  Bardziej szczegółowo o tym co jadłem i piłem napisze innym razem dzisiaj trunek, który we wspomnieniach utkwił mi najbardziej, a jest nim Gorki Likier Pelinkovac.



 

Za pierwszym razem ciepły i z plastikowego kubka nie był czymś zachęcającym jednak pod koniec wycieczki nie było posiłku, ani jednej okazji bez „Pelinkovca sa lemonem i ledem” . Pelinkovac jest znany na Bałkanach od wieków jako ,,biljni ljekoviti likier" czyli ziołowy likier leczniczy. Jego głównym składnikiem jest piołun i w zależności od rodzaju od 26 do 30 innych ziół. Po raz pierwszy na skalę przemysłową zaczął być produkowany  w 1961 r. Trzy lata trwało ustalenie receptury, która nie zmieniona jest do dzisiaj. Likier ma ciemno bursztynowy kolor wyraźny gorzki smak. Dawniej likier był używany na trawienie i dla zdrowotności. W latach dziewięćdziesiątych wypromowany jako aperitif lub drink z cytryną i kostką lodu do dzisiaj przeżywa swoją drugą młodość. Istnieje kilka odmian Pelinkovca (Maraska, Gorki List, Zvecevo, Badel) i każdy smakuje nieco inaczej w zależności od producenta. Różnią się one również zawartością alkoholu od 28 do 35%.

 

16:43, szylink
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 listopada 2009
niezła babka ziemniaczana

Ziemniaki, kartofle, pyry: jednoroczna roślina bulwiasta należąca do rodzaju z rodziny psiankowatych, której ojczyzną jest Ameryka Środkowa. Do Europy ziemniaki przywiezione zostały w połowie XVI w. przez hiszpańskich konkwistadorów. Początkowo uchodziły za egzotyczną roślinę ozdobną uprawianą w królewskich i magnackich ogrodach. Na szerszą skalę zaczęto ziemniaki uprawiać w Anglii, dokąd przywiózł je angielski admirał - sir Francis Drake. Lecz największe zasługi w rozpowszechnianiu tego warzywa miał Francuz Antoine Parmentier, twórca nowych odmian i wielu oryginalnych przepisów kulinarnych. Do Polski trafiły dzięki królowi Janowi III Sobieskiemu, który przysłał je z Wiednia królowej Marysieńce jako osobliwość cesarskich ogrodów. Gdy podano je po raz pierwszy w Wilanowie, nie wzbudziły entuzjazmu. Dopiero za panowania Augusta II ziemniaki zostały rozpowszechnione w całym kraju, a na początku XIX wieku uratowały większą część ludności od klęski głodu. 



 

Do spożycia wykorzystuje się bulwy występujące jako podziemną część łodygi służącą roślinie za magazyn składników zapasowych. bulwy, w zależności od odmiany, mają kształt kulisty, owalny, wydłużony lub spłaszczony. Skórka może przybierać kolor jasnoszary, żółty, czerwony lub fioletowy o różnych odcieniach. Ziemniaki  zawierają wiele składników odżywczych i nieograniczoną możliwość w kreowaniu z nich wszelakich potraw. Ja na  listopadowe kolacje proponuję "babkę",niezłą babkę ziemniaczaną.


Składniki:

1,5 kg ziemniaków, 4 łyżki bułki tartej,3 jaja, 2 duże cebule, 15 dag wędzonego boczku,1/2 łyżeczki majeranku, dwa ząbki czosnku, 1 łyżeczka soli, pieprz, szczypta ostrej papryki, plastry cienko pokrojonej wędzonej słoniny

Przygotowanie:

Ziemniaki obrać i zetrzeć na tarce, nadmiar wody odcisnąć w płóciennej ściereczce. Drobno pokrojony boczek i cebulę podsmażyć na rumiano , dodać posiekany czosnek, szczyptę soli i pieprzu, paprykę. Utarte i odciśnięte ziemniaki wymieszać z jajami, bułką tartą oraz podsmażonym boczkiem z cebulą. Przyprawić majerankiem.
Formę do pieczenia babki  wysmarować tłuszczem i posypać bułką tartą. Równomiernie rozłożyć w niej plastry słoniny, tak aby po włożeniu masy ziemniaczanej  przykryć ją nimi z wierzchu.
Piec 1,5 godziny bez przykrycia w temperaturze około 160 stopni.

Podawać z sałatą i kwaśną śmietaną.

01:10, szylink
Link Komentarze (4) »
środa, 21 października 2009
come back
Od listopada wracam do pisania. Na 100%.
15:02, szylink
Link Komentarze (3) »
czwartek, 19 lutego 2009
tłusty czwartek

a poniżej przepis na pączki  po czesku

Suroviny

* 250 ml mléka
* 35 g droždí
* 80 g moučkového cukru
* 400 g hrubé mouky
* 100 g hladké mouky
* 60 g másla
* 3 žloutky
* 3 lžíce rumu
* sůl
* džem na plnění
* tuk na smažení

Postup přípravy

V části vlažného mléka rozmícháme droždí, lžíci cukru a dvě lžíce mouky. Dobře promícháme a necháme vzejít kvásek. Změklý tuk utřeme s cukrem, postupně přidáváme žloutky, mouku, rum, kvásek, sůl a vlažné mléko. Zaděláme těsto, které se nesmí lepit na vnitřní strany mísy. Na povrchu lehce poprášíme moukou, zakryjeme a necháme asi 45 minut na teplém místě kynout.

Vykynuté těsto dáme na pomoučený vál a rozválíme na plát asi 1 cm silný. Na půlce těsta vyznačíme kulatým tvořítkem kolečka. Do středu koleček dáme lžičku zavařeniny a překlopíme druhou půlkou těsta. Kolem vyvýšených míst náplně prsty těsto přimáčkneme, aby se oba pláty dobře spojily. Potom stejným tvořítkem koblihu vykrojíme. Koblihy přikryjeme a necháme ještě asi 20 minut kynout.

Ve fritéze nebo v pánvi s vyšší vrstou tuku malým kouskem těsta vyzkoušíme správnou teplotu - musí se hned po vhození smažit. Koblihy oprášíme od mouky, aby se mouka nepřipalovala a vrchní stranou dolů vložíme do tuku. koblihy musejí být do poloviny potopené a nesmějí se vzájemně dotýkat, aby nabyly. Asi po 2 minutách, když jsou koblihy usmažené, je obrátíme a dosmažíme. Koblihy dáváme do tuku vždy najednou a během smažení žádné nepřidáváme. Jen tak se koblihy pěkně nafouknou. Před vložením další várky přidáme kousek čerstvého tuku, aby se rozpálený tuk trochu zchladil. Po usmažení pocukrujeme koblihy moučkovým cukrem.
00:26, szylink
Link Komentarze (5) »
niedziela, 21 grudnia 2008
kotlety, kotleciki

Co to jest sznycel? A czym jest kotlet? Eskalopki, bitki, bryzol, steki, zrazy, zraziki, sznycel siekany, kotlet mielony. I jak się w tym połapać.  Jeżeli sznycel to kawałek mięsa rozbity, siekany lub mielony, uformowany, wypanierowany lub nie i usmażony, a kotlet to kawałek mięsa rozbity, siekany lub mielony, uformowany, wypanierowany lub nie i usmażony to jaka jest różnica? Postaram się to wszystko uporządkować.

Zacznijmy od początku czyli od kotleta. Kotletem nazywamy grupę potraw głównie z mięsa zwierząt rzeźnych, drobiu, ale też z ryb, jaj, i warzyw. I tak każdy bryzol, stek czy sznycel jest kotletem, ale nie każdy kotlet może być sznyclem lub stekiem. Różnią się od siebie formą, rodzajem mięsa, sposobem przyrządzenia i podania.

Sznycel najczęściej to mocno rozbity kawałek cielęciny lub wieprzowiny z frykando czyli środkowej części udźca. Najbardziej znanym sznyclem jest bez wątpienia sznycel wiedeński wielki jak talerz z lekko pofalowaną panierką z mąki, jajka i bułki tartej, smażony na smalcu i koniecznie podany z plasterkiem cytryny, często w Polsce błędnie podawany z jajkiem sadzonym ( ten z jajkiem to sznycel po holsztyńsku). Jest to narodowa potrwa Austriaków, a jej nazwa wienerschnitzel została zastrzeżona w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Do Austrii przywędrował z Włoch dzięki feldmarszałkowi Josephowi Radetzkyemu, który wraz z łupami z wojen do Wiednia przywiózł mediolańskiego kucharza. Ten przygotowując potrawę pod nazwą costolette di vitello alla milanese - sznycla cielęcego panierowanego w parmezanie i smażonego na oliwie, tak zachwycił marszałka, że danie chciał pokazać Cesarzowi i rodakom. I tak po kilku zmianach w recepturze sznycel zawojował żołądki Austriaków. Sznycle przygotowujemy również z mięsa mielonego lub siekanego (cielęciny, wieprzowiny, lub drobiu), masa na sznycle nie zawiera żadnych innych dodatków oprócz mięsa, przypraw i odrobiny wody, która wchłaniana zostaje w trakcie wyrabiania w formie owalne dosyć płaskie, panierowane i smażone. Sznycel przygotowany z cieniutko rozbitej wołowiny, oprószonej mąką i usmażonej, to bryzol. Natomiast małe sznycelki z wieprzowiny lub cielęciny to eskalopki od włoskiego scaloppe, przykładem może tu być saltimboca alla romana przygotowywana z cielęciny, szynki parmeńskiej i listków świeżej szałwii.

Steki przygotowujemy z filetów czyli najszlachetniejszych części zwierząt lub ryb (polędwica wołowa, łosoś, pierś indyka) Steki przyrządzane z wołowiny to befsztyki najbardziej znane to chateaubriand, medalion lub mignone . Steki najczęściej przyrządzamy na grillu lub patelni grillowej , ewentualnie po lekkim obsmażeniu pieczemy. Są to dosyć grube lekko rozbite kawałki, wcześniej marynowane w ziołach, bez panierki. Często podajemy je na grzance z masłem smakowym i ćwiartką cytryny. Steki siekane lub mielone przygotowujemy tak jak w przypadku sznycli tylko formujemy okrągłe bardziej grube i nie panierujemy ich nawet w mące, grillujemy lub pieczemy podajemy ze smażoną cebulą lub pieczarkami. Popularny w Polsce tatar to befsztyk. W tym miejscu musze wspomnieć dość nietypowego steka, a jest nim t-bone stek, przygotowuje się go z rostbefu z kością od którego nie oddzielono polędwicy.

Rumsztyk potrawa z mięsa wołowego ( polędwica, rostbef) może być siekany, smażony lub duszony z cebulą, albo przyżądzany na sposób angielski. Bez względu na to jak został przygotowany zawsze musi być soczysty.

Kotlety panierowane czy saute jeżeli znajdziemy takie w karcie dań najprawdopodobniej będą z kostką, tak jak kotlet de’volaille, kotlet jagnięcy, czy choćby nasz klasyczny schabowy.  Natomiast wszystkie kotlety z mas mielonych robimy przez połączenie składnika głównego kotleta z jajami oraz innymi składnikami (bułka, cebula, warzywa, grzyby) i wyrobieniu na jednolitą masę. Kotlety mielone panierujemy w bułce lub mące i smażymy.

Zrazy różnią się od wyżej wymienionych tym, że są duszone bez względu na to z jakiego mięsa i w jakiej formie zostały przygotowane (zawijane, bite czy siekane) zawsze podawane są w sosie.

22:40, szylink
Link Komentarze (10) »
czwartek, 27 listopada 2008
kill grill

Dzisiaj polecam zabawną książkę Anthony Bourdain – „Kill grill. Restauracja od kuchni”.

                                       

„Nie zrozumcie mnie źle: uwielbiam pracę w restauracji. W końcu, do diabła, nadal siedzę w tym biznesie – jako dożywotni, klasycznie wyedukowany szef kuchni, który za jakąś godzinę będzie prawdopodobnie smażył kości na sos demi-glace i oprawiał polędwiczki w pomocniczej kuchni przy Park Avenue.(…)

Nie zamierzam się rozwodzić na temat wszystkiego, co widziałem, czego się nauczyłem i czego dokonałem w trakcie mojej długiej i burzliwej kariery – pracowałem jako pomywacz, kuchenny chłopiec na posyłki, zajmowałem się smażeniem i grillowaniem, byłem sosjerem, zastępcą szefa kuchni i wreszcie szefem kuchni – ponieważ pogniewałem się na swoją branżę albo chciałbym przerazić klientów odwiedzających restauracje. Chciałbym pozostać szefem kuchni, kiedy ta książka się ukaże, ponieważ restauracje to jedyny świat, który naprawdę dobrze znam.(...)

Chcę wam opowiedzieć o mrocznych zakamarkach restauracji, o subkulturze, w której militarna hierarchia o kilkusetletniej tradycji i żeglarski etos zamykający się w haśle „rum, sodomia i chłosta” tworzą mieszaninę wzorowej dyscypliny i przyprawiającego o wrzody żołądka chaosu. Czuję się w niej komfortowo, jak w miłej, ciepłej kąpieli. Swobodnie poruszam się po tym świecie. Rozumiem jego język. (...) Pragnę, aby czytelnicy mieli pojęcie, na czym polega prawdziwa radość z przyrządzania dobrego jedzenia na profesjonalnym poziomie. Chcę, aby zrozumieli, jaką frajdę daje spełnienie dziecięcego marzenia o dowodzeniu własną załogą piratów – jakie to uczucie, kiedy przebywa się w wypełnionej brzękiem naczyń i skwierczeniem tłuszczu kuchni w wielkomiejskiej restauracji. Chciałbym także możliwie wiernie oddać osobliwe rozkosze języka, gwary i wisielczego humoru, jakie spotyka się na kuchennej linii frontu. Chciałbym, aby cywile, którzy przeczytają tę książkę, nabrali przynajmniej poczucia, że życie zawodowych kucharzy mimo wszystko może być niezłą zabawą.(…)
fragment

Anthony Bourdain absolwent CIA (Culinary Institute of America), przeszedł wszystkie szczeble kariery kucharskiej, od pomywacza do szefa kuchni w znakomitej nowojorskiej restauracji „Brasserie Les Halles”. Autor kryminałów oraz książek kucharskich i „kuchennych”, czyli ukazujących pracę w kuchni od kuchni (m.in. Bone in the Throat, 2000; Gone Bamboo, 2000; Typhoid Mary (An Urban Historical), 2001; Cook’s Tour: In Search of the Perfect Meal, 2002; Anthony Bourdain’s Les Halles Cookbook, 2004; The Nasty Bits, 2006). Jego teksty publikował m.in. „New York Times”, „The Times”, „Observer”, „Independent”. Bourdain miał swój program w telewizji Ford Network, a obecnie można go oglądać w „Anthony Bourdain: No Reservations” na kanale Discovery Travel & Living. Książka Kill Grill. Restauracja od kuchni, wydana w 23 krajach, jest światowym bestsellerem.

Większy fragment - http://wab.com.pl/tekst.php?id=1719&bid=696

23:22, szylink
Link Komentarze (9) »
niedziela, 23 listopada 2008
a może by tak do restauracji

Daleko jeszcze w naszym kraju do kultury bywania w restauracjach, a nie ma nic milszego od spędzonego popołudnia w świetnym towarzystwie, w stylowej knajpce. „ Stół jest jedynym miejscem, przy którym nie nudzimy się podczas pierwszej godziny” pisał w swojej „ Fizjologii smaku” Anthelme Brillant-Savarin. Bardzo często, w Polsce, ludzie rezygnują z wejścia do restauracji bo czują się w niej skrępowani. Zwłaszcza gdy lokal z wyglądu wydaje się luksusowy i drogi. Pizzerie, bistra i puby nie sprawiają nam takiego problemu. Postaram się w kilku tekstach opisać jak restauracja funkcjonuje i jak się w niej odnaleźć. Jak już kiedyś wspominałem restauracja to zakład usługowy, dla tego zawsze możemy do niej zajrzeć, nawet jeżeli z góry wiemy, że będzie to tylko rekonesans lub wizyta w toalecie. I od razu wyjaśniam, obsługa lokalu nie może nam odmówić skorzystania z przybytku wyjaśniając, że toaleta jest tylko dla gości. W chwili kiedy przekraczamy drzwi restauracji. Już jesteśmy jej gośćmi! Nie wyobrażam sobie sytuacji, że z łazienki lub toalety mogę skorzystać dopiero po złożeniu zamówienia. Oczywiście będąc kulturalnymi ludźmi musimy wiedzieć, że nie w każdej sytuacji samo skorzystanie z toalety jest możliwe. I tak jeżeli w lokalu odbywa się impreza zamknięta to nie wchodzimy do niego, jeżeli standard lokalu przewiduje stroje wieczorowe, to nie wchodzimy do niego w dresie i adidasach, jeżeli zajęta jest większość lub wszystkie stoliki to również powinniśmy, odpuścić wszelki rekonesans turystyczno zwiadowczy. Kelnerzy są wtedy zajęci, a restauracje z portierem lub choćby szatniarzem należą niestety do rzadkości. I w ten właśnie sposób początek tekstu, który w założeniu miał zachęcać do odwiedzania restauracji zrobił mi się całkiem toaletowy, wspomnę jeszcze tylko o myciu rąk przed wyjściem z owych i obiecuję do końca ani słowem o wucetach.

     

Załóżmy, że spotykamy o siedemnastej, na mieście, znajomych, których dawno nie widzieliśmy. Mamy nawet trochę wolnego czasu, chętnie wymienilibyśmy ploteczki. I zaczynamy szukać miejsca w którym dwie , trzy godziny można przegadać. Najczęściej wybieramy pub lub kawiarnię. Kawiarnia świetna ale w okolicach południa, pub oczywiście wieczorem. Restauracja wydaje się idealna. Zdecydowaliśmy się przekraczamy jej drzwi. I? Czekamy. Nie startujemy w stronę żadnego wolnego stolika nawet jeżeli większość ich jest wolna. Czekamy, aż ktoś z obsługi nas zauważy, przywita i posadzi przy stole. Oczywiście bywa i tak, że bardzo zajęty personel właśnie pali lub czyta przy barze gazetę i zachowuje się tak jak byśmy mieli czapki niewidki, lub nie ma go wcale na sali. I trwa to dłużej niż trzy, cztery minuty. Spokojnie w takiej sytuacji możemy zmienić lokal w tamtym nie czekało by nas nic fajnego. Na szczęście kelner który nas witał był na miejscu, miły uśmiechnięty, zaprowadził nas do stołu, wskazał miejsce gdzie mogliśmy powiesić okrycia, żeby nie wisiały na krzesłach i podał karty menu. Czas na studiowanie karty jest praktycznie nieograniczony. W między czasie jeżeli stół miał nakrycie, kelner je dopasowuje do ilości gości, lub jak na początku zadeklarowaliśmy, że nie będziemy jeść dużego posiłku tylko zjemy zupy, lub wybierzemy małe przekąski, ewentualnie czekamy na kogoś jeszcze i zamówienie złożymy za godzinę, likwiduje je całkowicie. Jeżeli wybraliśmy już dania z menu, to odkładamy je na stół i w tej właśnie chwili powinien pojawić się kelner i przyjąć zamówienie. Jeżeli chociaż jedna osoba dalej czyta kartę kelner może do nas nie dotrzeć. Cdn…

02:20, szylink
Link Komentarze (3) »
sobota, 08 listopada 2008
smaki dzieciństwa

Niejednokrotnie w pamięci, powracam do smaków, które wywarły na mnie największe wrażenie. Smaków i potraw mojego, beztroskiego dzieciństwa. Przypadającego na przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, jak by to nie zabrzmiało, ubiegłego wieku. Starając się  jakoś je uporządkować, próbowałem ułożyć moją prywatną listę dziecięcych przebojów kulinarnych. I tak nigdy nie zapomnę  ruskich pierogów cioci Gieni. Pamiętam do dzisiaj, każda wizyta w Głuchołazach zaczynała się i kończyła wielką ucztą pierogową. Pamiętam kuchnię pachnącą smażoną cebulką i niezliczoną ilość pierogów porozkładanych na szafkach i przykrytych płóciennymi ściereczkami. Wielki stół przy którym graliśmy w remibrydża i jedliśmy pierogi. I jeszcze ciocia Hania z jej „trusiaj, trusiaj” i tak potrafiłem „wtrusiać” nawet dwadzieścia pierogów na jedno posiedzenie. Bezsprzecznie moje pierwsze kulinarne uniesienie. Kolejnym daniem był tort, który babcia Irma robiła na każdą rodzinną uroczystość. Był to prosty klasyczny tort, biszkopt przekładany waniliowym kremem budyniowym, dokładnie takim jak do  karpatki. To co stanowiło o jego wyjątkowości to płatki owsiane, którymi był od spodu po wierzch obsypany. Patent polegał na tym, że po wcześniejszym przesianiu płatków przez cedzak, (babcia przesiewała przez durszlak) były one prażone w karmelu. Smakowały o niebo lepiej niż jakiekolwiek orzeszki. No i oczywiście sałatka ziemniaczana, cudownie prosta, cudownie smaczna, do dzisiaj przebój każdej wigilii w moim rodzinnym domu, podajemy ją ze smażonym karpiem saute.  Do jej przygotowania potrzebne są ugotowane w mundurkach ziemniaki ( koniecznie kleiste sałatkowe), cebula, majonez,zielona pietruszka, łyżka białego octu, sól, pieprz i odrobina wody mineralnej do nadania sałatce odpowiedniej konsystencji. I rzecz najważniejsza ziemniaki muszą być pokrojone w cieniutkie talarki, absolutnie żadna kostka nie wchodzi w grę. Moje pierwsze frutti di mare to smażone przez tatę kalmary, złociste i mięciutkie posypane grubą solą. Smak soku ananasowego z puszki, które ojciec przywoził z rejsów. Chałwa baltonowska, do dzisiaj nie mogę znaleźć żadnej o smaku choćby zbliżonym do tej z dzieciństwa. Pamiętam jeszcze cwibak, przepis na to ciasto przywieźliśmy z Głuchołaz mama piecze go do dzisiaj. Jest to rodzaj keksu z wyraźną przewagą orzechów włoskich , bardzo długo zachowuje świeżość. Pamiętam też przyprawy które zrobiły na mnie wtedy wrażenie. Po pierwsze  kminek, wyraźnie pamiętam go z solanek, które mama smarowała masłem i z taką kanapką wypuszczała mnie na podwórko. Kminek pamiętam też w gołąbkach które robiła moja babcia, (bardziej, była to, tak jak robią  w Alzacji  faszerowana mięsem kapusta),  pieczone posypane kminkiem, w pierniku podawane z białym śmietanowym sosem. Świeży czomber w eintopfie z zielonej fasolki szparagowej. Oraz pima przywieziona przez ojca z Afryki, bardzo ostra papryka w proszku. Pima była również składnikiem mojej ulubionej z dzieciństwa konserwy, Paprykarzu Szczecińskiego.

                   

Paprykarz szczeciński został opracowany w połowie lat 60-tych przez pracowników laboratorium PPdiUR Gryf w którym pracował mój ojciec. Pierwowzorem paprykarza szczecińskiego była afrykańska potrawa czop-czop, którą na początku lat 60. zdegustowali technolodzy z polskich statków podczas pobytu w portach u wybrzeży Afryki Zachodniej. Poza mięsem (uzyskiwanym ze ścinków powstałych przy krojeniu zamrożonych bloków rybnych w kostki) w ilości 50% zawartości puszki konserwowej z różnych gatunków afrykańskich ryb (m.in. gowik i pagrus), w pierwotnym oryginalnym paprykarzu szczecińskim była pulpa pomidorowa sprowadzana z  Węgier, ostra afrykańska papryczka pima, warzywa i przyprawy. Paprykarz szczeciński eksportowano do 32 krajów. W Kolumbii podrobiono paprykarz szczeciński i produkowano podobny wyrób, m.in. również na eksport do krajów sąsiednich. Teraz już paprykaża do ust nie biorę, ale tan z lat siedemdziesiątych cały cas mam w pamięci.

http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/magazyn_011026/magazyn_a_11.html?k=on;t=2001010120011231

01:04, szylink
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3